Otworzyłam oczy widząc, jak w moim kierunku zbliża się facet. Odstęp między nami nie był duży, metr, dwa. Ale czas zwolnił. Wszystko dla mnie zwolniło, tak jakbym miała czas na przemyślenie...
- Broń się Hey !!!- krzyk Louisa, dał znać, że jestem zdana na siebie.
Muszę działać. Bronić się, ale czym ? Jestem za słaba.
- Maleńka szkoda twoich starań ! Nie myśl tak, nie uda ci się uciec !
- Nie mów tak do mnie !- wysyczałam przez zęby, kiedy dzieliło nas już pół metra.
Szybko ! Myśl ! Każda rzecz jest dobra ! Rozejrzałam się szybko napotykając wzrokiem ścianę i szafkę. Szafka ! Szybko wychyliłam się do przodu, sięgając do półki. Kosmetyki, były moją bronią. Zaczęłam energicznie rzucać nimi w mężczyznę. Nie wiele, ale mogłam zyskać trochę czasu. W dłoń wpadły perfumy, dwie buteleczki były moją ostatnią amunicją. Zamachnęłam się,wkładając w to wszystkie swoje siły i rzucając jednym flakonikiem. Dostał w pierś, pudło. Zamachnęłam się drugim. Szklana buteleczka uderzyła w głowę napastnika, który był przygotowany na moją kolejną skuchę. Krew zaczęła delikatnie sączyć się po jego czole, spływając na gęste brwi.
- Pożałujesz, że się urodziłaś !!!
Wściekłość !!! Rzucił się od razu na mnie, przygwożdżając moje ciało do ściany. Jego duża dłoń zacisnęła się na moich nadgarstkach, tak mocno, że z pewnością krew przestała dopływać mi do palców. Druga ręka znalazła swoje miejsce na moim dekolcie.
- Nie dotykaj mnie- kolejny raz wysyczałam kilka słów w jego kierunku.
- Nie mów, że ci się nie podoba ! Widzę, że tego chcesz !- jego dłoń powędrowała na mój policzek.
W tej chwili brzydziłam się swojego ciała, brzydziłam się, bo on mnie dotykał.
- Może się zabawimy, za nim twoje życie dobiegnie końca ?!- jego oddech był chłodny, mroził nim moje policzki.
- Spróbuj ją tknąć !
Uścisk na nadgarstkach stał się luźny, nieodczuwalny. Barczysty mężczyzna odstąpił ode mnie kawałek, po czym padł u moich stóp, na kolana. Podniosłam wzrok do góry widząc Louisa z uniesionym kijem.
- Nikt cię nie będzie po za mną dotykał.- wysyczał wściekły.
Mocno chwycił moją dłoń, przeciągając na swoją stronę.
-Szybko biegniemy na dół.- wyszeptał do mojego ucha i pociągnął za sobą.
Korytarz nie stanowił dla nas większej przeszkody podobnie jak schody. Podbiegliśmy do drzwi wejściowych, ale ich otworzenie stało się znacznie trudniejsze.
- Louis idą - przełknęłam głośno ślinę.
- Cholera, do okna szybko.
Louis walną kilka razy w szybę, powiększając dziurę w oknie.
- Podsadzę cię, a ty uciekaj szybko.
- Nie ucieknę bez ciebie.
- Musisz się ratować !
- Nie bez ciebie.
Zeskoczyłam z okna, stając stopami na zimnej ziemi. Czułam jej chłód przenikający przez cienki materiał skarpetek. Złapałam kij od chłopaka i modliłam się by zdążył. Napastnik był tuż za nim.
- Uważaj ! - łzy nie przestawały wypływać, wręcz przeciwnie, było ich co raz więcej.
- Już dobrze, musimy uciekać, chodź.
Pocałował mnie w czoło, po czym szybko pociągnął w głąb lasu. Biegłam za chłopakiem ile sił, starając się nie puścić jego dłoni. Rosa pod stopami całkowicie przemoczyła moje, jak i bruneta skarpetki. Nawet nie chcę myśleć jakich stworzeń w tej chwili dotykają moje stopy. Moja słaba kondycja powoli dawała o sobie znać. Ból dolnych kończyn stawał się uciążliwy. Traciłam powoli ostrość obrazu, a w głowie zaczynało wirować z powodu niedotlenienia. Biegliśmy już dłuższą chwilę.
- Nie mogę oddychać,... zatrzymajmy się na chwilę...- wybełkotałam, łapiąc w między czasie małe oddechy.
Zatrzymał się, a ja opierając się o drzewo wzięłam kilka głębszych oddechów.
- Nie uciekli daleko, znajdziemy ich !- donośny i ochrypły głos faceta rozniósł się echem po lesie.
Ich postać stała się widoczna, nie było czasu.
- Nic nie mów.- brunet wyszeptał do mojego ucha, przyciskając nas do drzewa....
Mój oddech był ciężki i nierównomierny.
- Zwrócę na siebie ich uwagę, a ty uciekaj.
- Nie...
- Biegnij prosto przed siebie, jak będziesz kawałek stąd zatrzymaj się. Jeśli nie przybiegnę po 10 minutach uciekaj - przerwał mi.
- Nie zostawię cię.
-Właśnie, że zostawisz. Obiecaj mi, że na pewno przeżyjesz...?
- Nie.
- Obiecaj ?
- Nie mogę.- wyszeptałam, a po moich policzkach spłynęły kolejne strugi łez.
- Możesz i przeżyjesz. Dam ci znak i uciekaj.
Zostawił mnie przy drzewie wychodząc do napastników. Chwilę panowała cisza, po czym usłyszałam przepełniony bólem głos chłopaka. Stałam, jak słup, zdając sobie sprawę, że właśnie katują bruneta na śmierć. Nie mogła, nic zrobić, nie mogłam zadziałać. Czemu ta popierdolona historia spotkała mnie. Czemu ? Czemu muszę tkwić w tym dziwnym świecie i przeżywać to wszystko.
- Już !!!- krzyk bruneta rozniósł się echem po lesie.
Odczekałam chwilę, wychylając się zza grubego dębu. Barczyści mężczyźni całą uwagę, skupiali na chłopaku. Wzięłam głęboki wdech, po czym odwracając się, zaczęłam biec przed siebie. Adrenalina dodawała mi siły, a droga przemierzana była szybciej. Słyszalne były tylko odgłosy łamanych gałązek pod moimi stopami i mój ciężki, przerywany oddech.
Wszystkie drzewa wyglądały tak samo, przerażały. Rosły gęsto jeden przy drugim, a ich korony nie przepuszczały promieni słońca, ani światła. Panował półmrok, zgrywający się z głuchą ciszą.
Zwalniałam kroku, zatrzymując się przy jednym z drzew. Cholera, jak mam sprawdzić, kiedy mija 10 minut. Nie mam telefonu i zegar... Wyciągnęłam z kieszeni ciężki przedmiot, którym okazał się zegarek Louisa. Ale jak ? Skąd ? Sprawdzałam co minutę czas, zbierając przy tym siły. Minęło już 8 minut, a go nie było. A co jeśli on już nie żyje ? Co jeśli go zabili ? Nie na pewno nie... Nowe łzy zmoczyły wyschnięte policzki, przyprawiając o mocny piekący ból. Mimo, iż zaprzeczałam złym myślą, serce przestało wierzyć rozumowi. Odłączyło się, odizolowało umierając powoli z bólu. Kolejne 4 minuty, przeleciały szybko, a ja zanosiłam się z płaczu zdając sobie sprawę, że to koniec. Odebrali mi go. Krew w żyłach przybierała co raz chłodniejszą temperaturę, zwalniając swoje krążenie. Powinien być 7 minut temu, a zamiast tego wita mnie cisza. Ruszyłam przed siebie drżącym krokiem, z trudem wymijając drzewa....
- Uważaj ! - łzy nie przestawały wypływać, wręcz przeciwnie, było ich co raz więcej.
- Już dobrze, musimy uciekać, chodź.
Pocałował mnie w czoło, po czym szybko pociągnął w głąb lasu. Biegłam za chłopakiem ile sił, starając się nie puścić jego dłoni. Rosa pod stopami całkowicie przemoczyła moje, jak i bruneta skarpetki. Nawet nie chcę myśleć jakich stworzeń w tej chwili dotykają moje stopy. Moja słaba kondycja powoli dawała o sobie znać. Ból dolnych kończyn stawał się uciążliwy. Traciłam powoli ostrość obrazu, a w głowie zaczynało wirować z powodu niedotlenienia. Biegliśmy już dłuższą chwilę.
- Nie mogę oddychać,... zatrzymajmy się na chwilę...- wybełkotałam, łapiąc w między czasie małe oddechy.
Zatrzymał się, a ja opierając się o drzewo wzięłam kilka głębszych oddechów.
- Nie uciekli daleko, znajdziemy ich !- donośny i ochrypły głos faceta rozniósł się echem po lesie.
Ich postać stała się widoczna, nie było czasu.
- Nic nie mów.- brunet wyszeptał do mojego ucha, przyciskając nas do drzewa....
Mój oddech był ciężki i nierównomierny.
- Zwrócę na siebie ich uwagę, a ty uciekaj.
- Nie...
- Biegnij prosto przed siebie, jak będziesz kawałek stąd zatrzymaj się. Jeśli nie przybiegnę po 10 minutach uciekaj - przerwał mi.
- Nie zostawię cię.
-Właśnie, że zostawisz. Obiecaj mi, że na pewno przeżyjesz...?
- Nie.
- Obiecaj ?
- Nie mogę.- wyszeptałam, a po moich policzkach spłynęły kolejne strugi łez.
- Możesz i przeżyjesz. Dam ci znak i uciekaj.
Zostawił mnie przy drzewie wychodząc do napastników. Chwilę panowała cisza, po czym usłyszałam przepełniony bólem głos chłopaka. Stałam, jak słup, zdając sobie sprawę, że właśnie katują bruneta na śmierć. Nie mogła, nic zrobić, nie mogłam zadziałać. Czemu ta popierdolona historia spotkała mnie. Czemu ? Czemu muszę tkwić w tym dziwnym świecie i przeżywać to wszystko.
- Już !!!- krzyk bruneta rozniósł się echem po lesie.
Odczekałam chwilę, wychylając się zza grubego dębu. Barczyści mężczyźni całą uwagę, skupiali na chłopaku. Wzięłam głęboki wdech, po czym odwracając się, zaczęłam biec przed siebie. Adrenalina dodawała mi siły, a droga przemierzana była szybciej. Słyszalne były tylko odgłosy łamanych gałązek pod moimi stopami i mój ciężki, przerywany oddech.
Wszystkie drzewa wyglądały tak samo, przerażały. Rosły gęsto jeden przy drugim, a ich korony nie przepuszczały promieni słońca, ani światła. Panował półmrok, zgrywający się z głuchą ciszą.
Zwalniałam kroku, zatrzymując się przy jednym z drzew. Cholera, jak mam sprawdzić, kiedy mija 10 minut. Nie mam telefonu i zegar... Wyciągnęłam z kieszeni ciężki przedmiot, którym okazał się zegarek Louisa. Ale jak ? Skąd ? Sprawdzałam co minutę czas, zbierając przy tym siły. Minęło już 8 minut, a go nie było. A co jeśli on już nie żyje ? Co jeśli go zabili ? Nie na pewno nie... Nowe łzy zmoczyły wyschnięte policzki, przyprawiając o mocny piekący ból. Mimo, iż zaprzeczałam złym myślą, serce przestało wierzyć rozumowi. Odłączyło się, odizolowało umierając powoli z bólu. Kolejne 4 minuty, przeleciały szybko, a ja zanosiłam się z płaczu zdając sobie sprawę, że to koniec. Odebrali mi go. Krew w żyłach przybierała co raz chłodniejszą temperaturę, zwalniając swoje krążenie. Powinien być 7 minut temu, a zamiast tego wita mnie cisza. Ruszyłam przed siebie drżącym krokiem, z trudem wymijając drzewa....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz