"Proszę... Louieh proszę... Zawiodłeś"
Złapałam metalowej poręczy, podciągając się i wchodząc na pokład. Upadłam przyciskając policzek do twardej drewnianej podłogi i zamknęłam na chwilę oczy. Po chwili poderwałam się, stając na równe nogi. Zostawiłam go tam, w lodowatej wodzie. To Brutalne. Brutalne... to słowo cały czas odbijało się w mojej głowie. Podbiegłam dalej, do krawędzi. Uklęknęłam na kolana i złapałam za linę z Louisem. Ciężki. Zaczęłam ciągnąć, ale nawet nie drgnęła, a ja bardziej zsuwałam się do wody. Szybko podążałam wzrokiem po kadłubie, patrząc gdzie jest jej drugi koniec. Barierka po prawej stronie. Odwiązałam go szybko, przekładając przez poręcz i sama się do niego przywiązując. Zaparłam się o jedną z metalowych rurek i zaczęłam ciągnąć. Udało się, trochę drgnęło. Włożyłam w to resztki swoich sił i wciągnęła, jego ciał na pokład. Jest nie przytomny, ale gdyby był, ból mógłby okazać się nie do zniesienia. Za pewne będzie czuł go potem. Poobijałam go. Odwiązałam od niego sznur z szorstkiej włókniny i o dziwo udało mi się go podnieść. Zarzuciłam sobie jego ramię na swoją szyję i oplotłam go w pasie. Wolnym i trudnym dla mojej kostki krokiem szłam do środka katamarany. Rzuciłam go na łóżku, widząc w jakim jest stanie. Rozebrałam go szybko do bielizny owijając w pościel. Zdjęłam jego mokry sweter ze swojego ciała i położyłam się obok niego, mocno przytulając. Oplotłam go niczym bluszcz, głaskając po włosach. Mimo, że sama byłam prawie jak kostka lodu, starałam się go ogrzać ciepłem swojego ciała. Podobno my go nie czujemy, ale ono jest najsilniejsze....
Minęło sporo czasu, kilkanaście, kilkadziesiąt minut. Chłopak wydawał się oddychać normalnie, ale wciąż był nie przytomny i zimny. Wstałam z łóżka, przykrywając go szczelnie kołdrą i szybki, bolesnym krokiem podążyłam do łazienki. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, białe ściany kontrastowały z czarnym wyposażeniem. Szeroki z grubego granitu blat idealnie zlewał się z czarnym kamiennym zlewem. Otworzyłam jedną, jedyną w tym pomieszczeniu szafkę, namierzając swój cel. Napełniłam miskę gorącą wodą i wzięłam pod pachę ręcznik z idealnie ułożonego stosu tuż obok prysznica. Zilustrowałam kabinę, która wzbudził we mnie ciekawość. Brodzik nie był zwyczajny, nie był biały, także był czarny, ale to nie to. Nie był płytki, był głęboki i długi. Mogłabym się w nim cała rozłożyć, leżąc w gorącej wodzie i mając swobodnie wyprostowane nogi. Szklane drzwiczki, były matowe, nie dając podglądaczą żadnej satysfakcji. Podoba mi się. Mogłabym tu... Nie. Pokręciłam głową ganiąc siebie w myśli. Opuściłam łazienkę, wchodząc do salonu. Ustawiłam naczynie z wodą przy łóżku, siadając na jego krawędzi i odkryłam Louisa. Zmoczyłam ręcznik i delikatnie obmywałam jego klatkę piersiową, ogrzewając jednocześnie. Powędrowałam w górę, przez szyję do szczęki i czoła. Była na nim rozmazana krew. Od czego ? Skąd ? Wytarłam ją, przeczesując mokre włosy i szukając jej źródła. Znalezienie rany nie okazało się trudne, ale wyglądało okropnie. Skrywane wysoko na czole, pod warstwą włosów rozcięcie, przyprawiało mnie o ból. Właśnie czułam ból widząc to. Podreptałam szybko do kuchni, przeczesując wszystkie szafki po kolei. Rozsuwałam szuflady jedna po drugiej, nie dbając o ich zasunięcie. Gdzieś musi mieć tu apteczkę. Wróciłam do łazienki, otwierając wspomnianą szafkę. Nie ma. Otworzyłam szufladę zaraz pod nią, pokładając w niej nadzieje. Jest. Wyciągnęłam szybko gazę, wodę utlenioną i plaster... Zajęłam się tą raną, sycząc za Louisa, kiedy przemywałam ją. To jest dziwne. Nakleiłam starannie plaster, który szybko zaczął nasiąkać krwią. Zamoczyłam ponownie ręcznik, rozkładając go na jego torsie. Położyłam się obok niego oplatając swoim ciałem. Co jakiś czas namaczałam materiał, by był ciepły....
Złapałam metalowej poręczy, podciągając się i wchodząc na pokład. Upadłam przyciskając policzek do twardej drewnianej podłogi i zamknęłam na chwilę oczy. Po chwili poderwałam się, stając na równe nogi. Zostawiłam go tam, w lodowatej wodzie. To Brutalne. Brutalne... to słowo cały czas odbijało się w mojej głowie. Podbiegłam dalej, do krawędzi. Uklęknęłam na kolana i złapałam za linę z Louisem. Ciężki. Zaczęłam ciągnąć, ale nawet nie drgnęła, a ja bardziej zsuwałam się do wody. Szybko podążałam wzrokiem po kadłubie, patrząc gdzie jest jej drugi koniec. Barierka po prawej stronie. Odwiązałam go szybko, przekładając przez poręcz i sama się do niego przywiązując. Zaparłam się o jedną z metalowych rurek i zaczęłam ciągnąć. Udało się, trochę drgnęło. Włożyłam w to resztki swoich sił i wciągnęła, jego ciał na pokład. Jest nie przytomny, ale gdyby był, ból mógłby okazać się nie do zniesienia. Za pewne będzie czuł go potem. Poobijałam go. Odwiązałam od niego sznur z szorstkiej włókniny i o dziwo udało mi się go podnieść. Zarzuciłam sobie jego ramię na swoją szyję i oplotłam go w pasie. Wolnym i trudnym dla mojej kostki krokiem szłam do środka katamarany. Rzuciłam go na łóżku, widząc w jakim jest stanie. Rozebrałam go szybko do bielizny owijając w pościel. Zdjęłam jego mokry sweter ze swojego ciała i położyłam się obok niego, mocno przytulając. Oplotłam go niczym bluszcz, głaskając po włosach. Mimo, że sama byłam prawie jak kostka lodu, starałam się go ogrzać ciepłem swojego ciała. Podobno my go nie czujemy, ale ono jest najsilniejsze....
Minęło sporo czasu, kilkanaście, kilkadziesiąt minut. Chłopak wydawał się oddychać normalnie, ale wciąż był nie przytomny i zimny. Wstałam z łóżka, przykrywając go szczelnie kołdrą i szybki, bolesnym krokiem podążyłam do łazienki. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, białe ściany kontrastowały z czarnym wyposażeniem. Szeroki z grubego granitu blat idealnie zlewał się z czarnym kamiennym zlewem. Otworzyłam jedną, jedyną w tym pomieszczeniu szafkę, namierzając swój cel. Napełniłam miskę gorącą wodą i wzięłam pod pachę ręcznik z idealnie ułożonego stosu tuż obok prysznica. Zilustrowałam kabinę, która wzbudził we mnie ciekawość. Brodzik nie był zwyczajny, nie był biały, także był czarny, ale to nie to. Nie był płytki, był głęboki i długi. Mogłabym się w nim cała rozłożyć, leżąc w gorącej wodzie i mając swobodnie wyprostowane nogi. Szklane drzwiczki, były matowe, nie dając podglądaczą żadnej satysfakcji. Podoba mi się. Mogłabym tu... Nie. Pokręciłam głową ganiąc siebie w myśli. Opuściłam łazienkę, wchodząc do salonu. Ustawiłam naczynie z wodą przy łóżku, siadając na jego krawędzi i odkryłam Louisa. Zmoczyłam ręcznik i delikatnie obmywałam jego klatkę piersiową, ogrzewając jednocześnie. Powędrowałam w górę, przez szyję do szczęki i czoła. Była na nim rozmazana krew. Od czego ? Skąd ? Wytarłam ją, przeczesując mokre włosy i szukając jej źródła. Znalezienie rany nie okazało się trudne, ale wyglądało okropnie. Skrywane wysoko na czole, pod warstwą włosów rozcięcie, przyprawiało mnie o ból. Właśnie czułam ból widząc to. Podreptałam szybko do kuchni, przeczesując wszystkie szafki po kolei. Rozsuwałam szuflady jedna po drugiej, nie dbając o ich zasunięcie. Gdzieś musi mieć tu apteczkę. Wróciłam do łazienki, otwierając wspomnianą szafkę. Nie ma. Otworzyłam szufladę zaraz pod nią, pokładając w niej nadzieje. Jest. Wyciągnęłam szybko gazę, wodę utlenioną i plaster... Zajęłam się tą raną, sycząc za Louisa, kiedy przemywałam ją. To jest dziwne. Nakleiłam starannie plaster, który szybko zaczął nasiąkać krwią. Zamoczyłam ponownie ręcznik, rozkładając go na jego torsie. Położyłam się obok niego oplatając swoim ciałem. Co jakiś czas namaczałam materiał, by był ciepły....
***
- Louis obudź się już, proszę.
Mój głos był cichy i ochrypły, bardzo ochrypły.
- Proszę, Louieh.
Położyłam głowę na jego lewej piersi, na sercu i przykryłam nas kołdrą.
- Proszę.
Szept uleciał z moich wyschniętych ust, a słone łzy bezsilności,
biegnące po policzkach, wypełniły je, nadając słony posmak. Zmrużyłam oczy, nie kontrolowanie zasypiając....
***
- Louieh proszę obudź się.
Znowu płaczę, to męczy już nawet mnie. Nie chcę płakać. Szlocham cicho w jego szyję, tuląc się do niego.
- Proszę....
- O co prosisz maleńka ?
Podnoszę się, słysząc jego słaby, ale radosny głos.
- Louieh.- chrypię.
Wybucham jeszcze większym płaczem, opadając w jego ramiona.
- Ćśś....maleńka.
- Bałam się, zostawiłeś mnie. Szukałam. Byłeś zimny. Nie ruszałeś się....
Każde słowo przerywał mój szloch, a ja nie potrafiłam złożyć jednego zdania.
- Ćśś.... nie myśl teraz o tym.
Jego szept był uspokajający. Jak lekarstwo na całe zło. Zatapiałam się w jego ramionach, kiedy on mocno mnie do siebie przyciskał, zatapiając nos w moich włosach. Podniosłam się lekko, składając na jego ustach szybki, czuły, delikatny pocałunek. Ponownie opadłam, zamykając oczy.
- Nie zostawiaj mnie tutaj samej dzisiaj... proszę.
Błagałam, nie chcąc, by podczas gdy ja zasnę, wychodził na zewnątrz. Jest do tego zdolny.
- Nie zostawię. Obiecuję...
Odetchnęłam, całując jego szyję.
- Kocham cię maleńka. Aniele.
- A ja ciebie mały.
Spokojna, wyczuwałam jak jego oddech zamienia się na senny, a organizm zapada w sen. Bezpieczeństwo. Byliśmy bezpieczni. Udałam się w jego ślady, pozwalając, by Morfeusz oprowadził mnie po swojej krainie.
***
Krzyczałam przerażona, widząc Louisa na przodzie Katamarany. Obiecał. Obiecał, że mnie nie zostawi tej nocy. Czułam nienawiść do jego osoby, przepełnioną bólem. Zawiódł...
Louis dupo zawiodłeś Heyley....


Boże jak ja się popłakałam. Louis,może masz sexi dupę,ale to cię nie uratuje od winy. Obiecałeś Heyley,że jej nie zostawisz,a zrobiłeś to... Zawiodłeś Louis... Zawiodłeś... Mam nadzieję,że tym razem nic się nie stanie. Kobieto ja cię kocham po prostu. Potrafisz człowieka do płaczu doprowadzić. Jesteś niesamowita.
OdpowiedzUsuń